Witamy z powrotem! Post ten jest kontynuacją naszego poprzedniego (klik), traktującego o Paragwaju.

      Pisaliśmy o bezpieczeństwie, o tym jak łatwo dotrzeć do Ciudad Del Este, o yerba mate i tereré, o tym jak my czuliśmy się w centrum miasta. A gdzie przygody i niespodziewane sytuacje? A o tym opowiemy właśnie teraz. Zaczynamy więc!

Centrum Miasta Ciudad Del Este i Tropikalny Deszcz!

    Spacerujemy, jest piękna pogoda, aż tu nagle…. Jakieś 2-3 minuty prawdziwego tropikalnego deszczu! Takiego oberwania chmury, to jeszcze nie widzieliśmy 😛 Nagle zrobiło się ciemno a z nieba lało się wiadrami. Po czym… znowu piękne słoneczko 😛 Jednak te kilka minut wystarczyło, by ulice zamieniły się w rwące potoki. Lokalni nie wydawali się zdziwieni tym faktem, ich japonki doskonale przystosowały się do nowej sytuacji a uliczni sklepikarze już mieli utworzone tunele pomiędzy stoiskami. Nic zatem nie stało na przeszkodzie, by kontynuować eksplorację terenu. Nie odmówiliśmy sobie również zakupów. A jeżeli już o tym mowa…

Deszcz. Ulice chwilę później. Paragwaj.

Paragwaj a Indianie.

    Nie mogłam oprzeć się pokusie zakupów u rdzennych Indian, którzy sprzedają swoje rękodzieła na ulicy. Zdecydowałam się na czarno-białą torebkę. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zaczęła się z nimi targować. Niby nieudolnie (głównie ze względu na mój mizerny hiszpański – a tu jeszcze przecież język ten wchodzi w fuzję z prawdziwie indiańskim guarani tworząc swoisty mix), ale udało mi się osiągnąć zamierzony cel. Rozmawiałam z kobietą, ale widać było, że zgodę na upust wyraził mężczyzna. Ona nie miała za dużo do powiedzenia. Podobnie było ze wspólnym zdjęciem, o które poprosiłam. Zdystansowani, dość nieufni ludzie. Nie ma co się dziwić (Ola).

Ciudad Del Este i Dalsze Zakupy.

    W sklepach rzeczy oryginalne są przypięte łańcuchem z małą kłódeczką i zabezpieczone w szafce. Sprzedawca nie mógł niczego dla nas wyjąć. To, co widzieliśmy przez szybę, to wszystko na co mogliśmy liczyć. Podróbki leżą swobodnie w iście europejskim stylu na półkach. Przed kantorami, bankami i większymi sklepami stoją umundurowani poważni panowie z bardzo poważnymi dużymi gnatami. 

       Piotrek miał straszną fazę na zakup kamerki GoPro. A gdzie takie zakupy mogą być tańsze jak tutaj?! Ruszyliśmy na polowanie. Sklep po sklepie, tu podróbka, tam podróbka, ooo oryginał, ale jaka kwota! Lecimy dalej, zapamiętujemy ceny, targujemy się. Wreszcie znaleźliśmy sklep, duży sklep, porządny. Jest tam kamerka i to za logiczne pieniądze. Zastanawiamy się nad zakupem. Sprzedawca kiedy zorientował się, że interesuje nas zawartość i cena a nie marka zaproponował tańszą wersję innej firmy o wyższych parametrach. Bierzemy! Aaaaale jednak nie… bo nie możemy zapłacić ani kartą, ani ich walutą, tylko amerykańskimi dolarami (bo NAM by się to nie opłacało – ceny w przeliczeniu były różne).

    Teraz wielkie poszukiwanie kantoru i dolarów… A za pół godziny NIBY mieli zamknąć nam sklep. W kantorze… zepsuł się komputer i nam nie wymienili 😛 Normalnie szaleństwo. Wróciliśmy do sklepu i poprosiliśmy jednak o płatność kartą, ale… tutaj również komputer był zepsuty… Pół godziny walczyliśmy ze skanowaniem paszportu i podawaniem danych, bo co chwile się zawieszał. Dostaliśmy karteczkę upoważniającą nas do zakupu, mamy iść do kasy w głębi sklepu. Ufff… udało się. Okazuje się, że rzeczywiście nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca, gdyż teraz musieliśmy stać w kolejce do kasy, gdzie zapłaciliśmy i dostaliśmy kolejną karteczkę. Ta stwierdzała, że dokonaliśmy zakupy i możemy wejść piętro wyżej, odebrać kamerkę a tutaj… kolejka przed magazynem. Wreszcie odebraliśmy (już totalnie zrezygnowani), a oni nam oznajmiają, że teraz możemy wejść jeszcze piętro wyżej i przetestować zakup. Masakra xD

Pamiętaj Gdzie Jesteś! Paragwaj a Małe Problemy…

        Jeszcze w czasie bieganiny za kamerką chodził za nami facet i pytał się co chcemy kupić. Wypaliliśmy: ‘GoPro’, on na to, że ma i żebyśmy poszli za nim. Szybko jednak zorientowaliśmy się, że chce nas wyprowadzić z głównej ulicy. Grzecznie podziękowaliśmy i zawróciliśmy, powracając tym samym do naszych poszukiwań. Okazało się jednak, że on chodził za nami dosłownie wszędzie, koczował przed sklepami, do których wchodziliśmy i potem znowu nas dopadał. My cały czas grzecznie dziękowaliśmy i rozmawialiśmy między sobą kompletnie na niego nie zwracając uwagi. Aż…. W końcu… nie wiem, może po godzinie nie wytrzymałam i krzyknęłam do niego dość hmm… jasno i wyraźnie, że na pewno nic od niego nie chcemy. Facet szybko znalazł kolegę, któremu nas pokazał palcem i razem za nami szli. Odwracałam się 3 razy i jawnie pokazywałam, że ich widzę. Dali sobie spokój, ale zdecydowanie powinnam nauczyć się trzymać język za zębami. Moja nauczka na przyszłość, a wasza przestroga: nie traćcie zimnych nerwów, szczególnie w takich miejscach (Ola).

          Już pewnie wynudziliśmy Was doszczętnie. Prosimy jeszcze o sekundę uwagi, bo to jeszcze nie koniec naszego dnia w Paragwaju. Korzystając z portalu CS znaleźliśmy osobę, która ugościła nas późnym popołudniem i wieczorem. Odebraliśmy ją z pracy i zaczęła się przejażdżka po miejscach, których na pewno nie odkrylibyśmy sami w tak krótkim czasie.

Salto Monday, Czyli Przedsmak Dnia Jutrzejszego…

        Salto Monday to miejsce, które wspólnie zobaczyliśmy. Jak to określiła nasza przewodniczka ‘Mały przedsmak tego, co zobaczymy jutro’ (Następnego dnia w planie mieliśmy Wodospad Iguazú – leży na terenie Brazylii i Argentyny, klik).

Adres: Presidente Franco.

Godziny otwarcia: codziennie 7:00-19:00.

Koszt: Chyba ok. 10 R$ (nie jesteśmy pewni, ale drogo na pewno nie było).

Salto Monday. Ostatnie zdjęcie – Tatiana umieściła na mojej bluzce wylinkę po owadzie, którymi jak twierdziła bawią się paragwajskie dzieci. Byłam lekko przerażona xD

Sprzedaż kwitnie na ulicy, bo co innego można robić stojąc w korkach?  A no, np. można kupić jakieś fajne CD 😛

Uliczni sprzedawcy. Ciudad Del Este, Paragwaj.

        Podobnie sytuacja wygląda z ulicznymi artystami. Łatwiej zarobić trochę grosza zapewniając kierowcom drobną rozrywkę na czerwonym świetle niż prezentować się w anonimowym tłumie.

Akrobacje i żonglerka na czerwonym świetle. Niemalże centrum Ciudad Del Este.

Paragwaj a Jedzenie.

    Wieczorem, po bardzo intensywnym dniu nadszedł czas na skosztowanie paragwajskiej kuchni. Nasza przewodniczka pouczyła nas, że najlepiej i zarazem najtaniej zjemy w restauracji… przy drodze. Po prostu trzeba wiedzieć, gdzie jechać 😛 I serwują tutaj oczywiście prawdziwe paragwajskie potrawy. Byliśmy bardzo głodni, więc zamówiliśmy trochę za dużo…

Opisy zamówionego przez nas paragwajskiego jedzenia (kolejno na zdjęciach):

  1. W rękach trzymamy grillowane kurze serca. Z boku zdjęcia widać pieczone paragwajskie danie – sopa paraguaya i jak łatwo można zauważyć potrawa ta
    w żaden sposób zupy nie przypomina. Jest to bardziej ciasto czy chleb kukurydziany.
  2. Obok serc leży maniok jadalny (mandioca, yuca, czy kassava). W użyciu jest wiele nazw, ale w Paragwaju nazywany jest mandioca. Taki odpowiednik popularnego u nas ziemniaka.
  3. Z lewej strony widzimy pajagua mascada. Jest to rodzaj smażonego placka czy kotleta z manioka i mięsa. Natomiast z prawej strony jest nadziewane pastel mandi’o. Dla nas wygląda to jak smażony kuzyn pieroga, którego “ciasto” zrobione jest z manioka.
  4. Nasze ostatnie danie nazywało się mbeju – coś w stylu kukurydzianego naleśnika.

Nasz prywatny ranking paragwajskiej kuchni:

  1. serce z kurczaka + maniok jadalny
  2. pajagua mascada + pastel mandi’o
  3. sopa paraguaya + mbeju        .

Paragwaj Jeszcze Raz?! Z Miłą Chęcią… 😛    

    Nasze kilkanaście godzin w Paragwaju uważamy za dobrze wykorzystany czas. Spacer po mieście połączony z intensywnymi zakupami, wycieczka samochodem i prawdziwa paragwajska wyżerka to było to! Samo miasto Ciudad del Este nie obfituje w atrakcje turystyczne, jest jednak miejscem gdzie wszystko może się zdarzyć…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *