Poświąteczny (27-31.12.2015) wyjazd (cel: Walia) to póki co nasz najlepszy sposób na celebrację Bożego Narodzenia w nierodzinnym gronie. W kilka dni objechaliśmy niemalże cały ten niewielki, ale jakże piękny kraj. Zimowa szarówka może nie pozwoliła nam w pełni rozkoszować się pięknem tutejszej przyrody, ale nie można zaprzeczyć, iż ta pora roku nadaje Walii specyficzny klimat. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie Rhossili i kliffy w Pembrokeshire. Wietrznie, trochę niegościnnie i jeszcze raz wietrznie 😛 

Walia, Czyli Piękne krajobrazy Rhossili i Pembrokeshire.

Mkniemy M4. Cardiff Na Pierwszy Ogień!!!

    Podróżowaliśmy razem z dwójką znajomych i jak to często u nas bywa, spaliśmy w samochodzie. Tym razem z oczywistych powodów potrzebowaliśmy fury większego kalibru – Skoda Octavia Combi. Auto wypożyczyliśmy na lotnisku Heathrow w Londynie. Stąd od razu wyskoczyliśmy na trasę w kierunku walijskiej stolicy, Cardiff (wal. Caerdydd). Droga, którą wybraliśmy (M4) prowadzi przez most, który jest granicą między Anglią i Walią. Nie wiemy czy akurat tak trafiliśmy, że były korki, czy trasa normalnie jest tak zapchana. W każdym razie jechało się wolno. Przekroczenie mostu jest płatne, bodajże 4 funty za samochód osobowy.

A nasze noclegi wyglądały mniej więcej tak xD

Walia i jej stolica – Cardiff.

    Do miasta dojechaliśmy wieczorem, było już ciemno. Idealna pora na spokojny spacer i relaks w tradycyjnym pubie, gdzie tubylcy zerkali na nas, delikatnie mówiąc z większym zainteresowaniem. Było to co najmniej dziwne, przecież nadal byliśmy w Wielkiej Brytanii! Zaledwie kilka godzin drogi od Londynu. No cóż…

    Miastem specjalnie oczarowani nie byliśmy. Jest czysto i schludnie, ale to by było na tyle. Może potraktowaliśmy to miejsce troszkę po macoszemu, może nie… W każdym razie cały czas myśleliśmy o tym co nas czeka, o pięknych widokach, które są dopiero przed nami. W Cardiff widzieliśmy zamek, wesołe miasteczko, przystrojone świątecznymi dekoracjami ulice oraz oczywiście wspomniany bar.

Cardiff. Walia.

    Krótki przystanek w Cardiff dobiegł końca, czas ruszyć na poszukiwanie dogodnego miejsca na nocleg. Nie było to łatwe wyzwanie, zważywszy na wąskie drogi i dość gęstą zabudowę… Wylądowaliśmy na parkingu przed czyimś domem od razu przy ‘głównej’ ulicy… Hmmm… Nie było to nasze wymarzone miejsce, ale nie ma co wybrzydzać. Szybkie piwko, owijamy się w śpiworki (temperatura komfortu ok. 7 stopni Celsjusza, ale podobno mają dawać radę nawet przy temp. 0 stopni Celsjusza), widzimy się rano!

Po drodze zawsze znajdziemy coś wartego naszej uwagi (urocza dwupasmówka xD, widoczki, konie pasące się na wolnej przestrzeni czy stare kościoły – tutaj: St Cadoc’s Church w miejscowości Cheriton).

Rhossili i Obszar o Wybitnym Pięknie Naturalnym.

    Następny punkt na trasie to Rhossili (wal. Rhosili), mała wioska na półwyspie Gower (wal. Penrhyn Gŵyr), zaliczana do ‘Obszarów o wybitnym pięknie naturalnym’ (ang. Area of Outstanding Natural Beauty). Do obszarów zaliczane są tereny wiejskie na ternie Anglii, Walii i Irlandii Północnej, których elementy uznane zostały za cenne dla krajobrazu. Podstawowym zadaniem powstania takich stref jest ochrona ich naturalnego piękna.

    Bez problemu odnaleźliśmy drogę prowadzącą na wybrzeże, zostawiliśmy samochód na parkingu przy hotelu (opłata chyba ok. 2 funty) i szykowaliśmy się do wyjścia, kiedy dosłownie w okamgnieniu straciliśmy worek na śpiwór… Wiał tak silny wiatr, że kiedy otwieraliśmy drzwi, musieliśmy być niezwykle uważni, żeby nie pogubić reszty rzeczy, bądź nawet uszkodzić auta… Taaak wiało niemiłosiernie…

5 km Plaży i Szczątki Statku w Rhossili.

   Dosłownie po kilku minutach powolnego spaceru naszym oczom ukazuje się królująca w brytyjskich rankingach turystycznych pięciokilometrowa plaża (na plaży są szczątki statku, który w 1887 roku osiadł na mieliźnie) oraz pasące się wokoło stada owiec. Hodowla tych uroczych parzystokopytnych jest niezwykle popularna w Wielkiej Brytanii, często właśnie w pobliżu pięknych wizualnie miejsc. Właśnie dzięki nim zatrzymuje się rozwój wysokich traw i utrzymuje miejsca turystyczne w atrakcyjnym stanie. Oczywiście takie wzniosłe przemyślenia nie zaprzątały naszych głów podczas podróży… Bardziej skupialiśmy się na fakcie, iż ssaki są… kolorowe. Są oczywiście znakowane sprayem przez hodowcę… Hmm… Jednak jakoś łatwiej przemawia do nas wersja, iż gdzieś za wzgórzem grają po prostu w paintball xD

Widok na wioskę Rhossili, plaża w Rhossili, owce oraz widok na trasę przed nami.

Wyspy Worm’s Head.

    Zostawiamy jednak plaże za naszymi plecami i przechodzimy kolejne kilkaset metrów. Znajdujemy tutaj piękne klify, otwartą przestrzeń no i oczywiście jeszcze większy wiatr. Przede wszystkim jednak naszym oczom ukazał się widok na dwie skaliste wyspy, Worm’s Head. Z głównym lądem są połączone tylko wąskim pasem, który umożliwia przeprawę w czasie odpływu. Połączenie między wyspami, zapewnia z kolei wąski Devil’s Bridge. Jeżeli planujecie wędrówkę na Worm’s Head należy wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne oraz pływy morskie. Godziny przypływów i odpływów są zmienne, w Internecie na pewno znajdziecie potrzebne informacje. Nam się niestety nie udało dotrzeć do końca… Wietrzna pogoda uniemożliwiała nawet utrzymanie prawidłowej wyprostowanej pozycji (zdjęcie Piotrka) oraz oczywiście przypływ. Ech, jak pech to pech.

Rhossili.

Pembrokeshire i Teren Wojskowy.

    Azymut na Pembrokeshire (wal. Sir Benfro)! Jednak… Droga do łatwych nie należała i trochę pobłądziliśmy… Kompletnie nie mogliśmy zlokalizować interesujących nas klifów, wylądowaliśmy w mieście Pembroke (wal. Penfro). Tam nie było żadnych znaków, które skierowałyby nas w konkretne miejsce. Na szczęście zapytaliśmy o pomoc właściwą osobę! Facet nadłożył drogi tylko po to, żeby nam pokazać, gdzie dokładnie jest nasz cel! Po prostu wsiadł do swojego auta i powiedział, że będzie nas pilotować 😛 Super! Okazało się, że miejsce, do którego dążyliśmy jest w okolicy Castlemartin (wal. Castell Martin) i, że aby do niego dotrzeć trzeba przejechać przez teren wojskowy.

    Co też zwróciło naszą uwagę, to powyginane drzewa. Niestety nie mamy zdjęć, ale możecie sobie wyobrazić drzewka totalnie położone od silnego wiatru. Widzieliśmy je w kilku miejscach, ale te tutaj zrobiły na nas wyjątkowe wrażenie. Przy okazji warto zaznaczyć pewne kwestie dotyczące bezpieczeństwa… Może macie ochotę na piękne zdjęcie z klifem w tle, wszystko fajnie pięknie, ale nie podchodźcie za blisko do krawędzi… Drzewa są powyginane nie bez przyczyny, a i my ledwo ustać mogliśmy.

Pembroke – całkiem urocze małe miasteczko z ruinami średniowiecznego zamku w centrum (tutaj urodził się Henryk VII Tudor).

Klify w okolicy Castlemartin. Pembrokeshire.

    Powiedzmy, że było to nasze pierwsze półtora dnia w Walii (kilka wieczornych godzin w Cardiff plus cały następny dzień spędzony na południu kraju). Teraz pakujemy się z powrotem do samochodu i zmierzamy na północ! 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *