Dzień trzeci na wyspie Bali obfitował w wiele nietypowych i ciekawych sytuacji. Niby nie zwiedziliśmy dużo, ale nieplanowane przygody wypełniły nam czas aż z nawiązką. Szybciutko przypomnimy, że dzień zaczęliśmy nieziemskim kacem, który momentalnie wyleczyliśmy na szlaku (Campuhan Ridge Walk) a następnie podziwialiśmy słynne (i zdecydowanie warte swojej sławy) Tarasy Ryżowe w Tegalalang (klik). To jednak jeszcze nie wszystko… Nasze Przygody na Bali dopiero nabierają tempa! Szalona i ryzykowna droga, wioska Penglipuran, nieznane wśród turystów świątynie na Bali, wulkanizacyjne przygody i zrywanie kokosów… Tego dnia działo się dużo, albo i jeszcze więcej! Śmiało można rzec, iż całkowicie był to dzień pod tytułem: „Przygody Na Bali” 😛 

Świątynie Pucaksari, Kentel Gumi.

Szalona Droga w Górę i w Dół, Czyli Przygody Na Bali: Początek!

   Tarasy ryżowe zostawiamy za sobą, wrzucamy nową lokalizację – wioska Penglipuran – w nawigacje. Pokazało nam dwie drogi, dłuższą i… skomplikowaną. Dojechaliśmy do rozwidlenia, gdzie należało podjąć decyzję. Krótka chwilka namysłu… Z jednej strony dłuższa, lecz bezpieczna i zarazem nuuudna droga. Z drugiej – ostry i niezwykle kuszący zjazd w dół, pełna adrenalina. Analiza ryzyka związanego z dość kiepskiej jakości autem… I ruszamy z piskiem ku przygodzie!

    Zjeżdżaliśmy chyba z lekka za szybko, droga była wąska i kręta. Było na tyle niebezpiecznie, że jakby jechało auto z drugiej strony niechybnie skończyłoby się stłuczką (przynajmniej w moim odczuciu, Piotrek podobno czuwał xD). Ledwo zjechaliśmy z góry, a trzeba było pokonać wzniesienie. Samochód stanął tak mniej więcej w trzech czwartych wysokości, którą należało pokonać. Jak dobrze, że nikt tamtędy nie jechał! Odpalamy autko, ruszyło! Jedziemy dalej.

    Droga wiła się, były kolejne coraz bardziej ostre zjazdy i podjazdy. Na zewnątrz zaczęły zbierać się nieciekawe chmury, słońce całkowicie się schowało. Głupi by się domyślił, że zaraz będzie padać, a my nadal próbujemy pokonać trasę, zanim ta pokona nas. Trochę to wszystko bezmyślne i ryzykowne, ale jaką radość sprawiło nam dojechanie do celu 😛 Po drodze piękne widoczki, mocna zieleń gęsto upakowanej roślinności, częste zmiany pogody (w sumie chyba zaczynało i przestawało padać jakoś 4 razy), aż w końcu dojechaliśmy do bambusowego lasu, a za nim wyłoniła się wioska Penglipuran – nasz cel! Udało się.

Wioska Penglipuran, Czyli Przebita Opona Na Balijskim Zadupiu…

    Ledwo wysiedliśmy, a Piotrek zatrzymał się w pół kroku, słychać ciche syczenie…sss… O nie! Schodzi powietrze! Przebiliśmy tylną oponę… CHOLERAAA!!! Szybkie przeszukiwanie bagażnika, oby była zapasowa, oby była zapasowa… JEST!!! Kurczę, więcej szczęścia niż rozumu xD Mając na względzie szybko upływający czas (przecież słońce zachodzi ok. 18.00), trzeba ustalić podział obowiązków – Ola idzie na spacer do wioski, Piotrek wymienia koło… Chyba uczciwie 😛

    Wolnym krokiem wałęsałam się między domami, starałam się zaglądać w każdy kąt, a jednocześnie nie sprawiać wrażenia zbyt wścibskiej. Należy przecież uszanować to, że ludzie tam żyją i mieszkają, nie są atrakcją turystyczną. Wchodziłam w relacje z co bardziej otwartymi osobami, a że w Indonezji wszyscy są życzliwi i otwarci, nie mogłam odpędzić się od pytań i wymienianych uprzejmości. Jedni (szczególnie dzieciaki) byli bardzo ciekawi skąd jestem, inni chcieli zrobić sobie za mną zdjęcie (taaak, to ja stałam się atrakcją dla czterech sięgających mi do ramion całkowicie okrytych dziewcząt). Jeszcze inni prosili o sfotografowanie ich pociech, reszta machała, uśmiechała się i pozowała. Coś cudownego! Wszyscy byli w stanie przywitać się po angielsku, niekoniecznie poprowadzić dalej rozmowę, ale każdy był tak otwarty i radosny… Jakbyśmy jednak mówili jakimś wspólnym językiem. Taak, to rzeczywiście ludzi wspominam najcieplej (Ola).

Wioska Penglipuran.

    Wróciłam do całego CZARNEGO Piotrka po jakichś 30 minutach. Ubrudzony, ale szczęśliwy! Misja wykonana! Mamy koło, wioska Penglipuran zwiedzona i wszystko działa! 😛 Bardzo uczynni policjanci i inni kierowcy powiedzieli nam również, że w wulkanizacji (których podobno jest pełno w okolicy) zrobią nam to przekłute koło za 25 000 IDR. Trzeba będzie tak zrobić… Nie chcemy przecież płacić wypożyczalni za uszkodzenie… W międzyczasie idziemy jeszcze na chwilę do bambusowego lasu zrobić kilka zdjęć (tak przy okazji: przez las prowadzi trasa rowerowa, którą można dojechać właśnie do Penglipuran). I… znów zaczęło padać. Musimy jechać.

Las bambusowy w Penglipuran oraz na zdjęciu nr 3 świątynia.

Dzień Na Bali Bez Święta? Nigdy w Życiu!

    Po drodze natknęliśmy się na dwie procesje… bo przecież każdy dzień na Bali jest świętem! 😛 I nie ma tutaj zbytniej przesady. Procesje, ceremonie, składanie darów to klasyczne elementy balijskiego dnia. Tak samo jak i świątynie na Bali wyłaniają się co chwilę jak grzyby po deszczu. W każdym razie postaliśmy trochę w korku, trochę pooglądaliśmy, trochę nakręciliśmy filmu i pojechaliśmy szukać wulkanizacji, której to miało być na pęczki. 

Po drodze do wulkanizacji.

Wulkanizacja Na Bali, Czyli Szybka i Tania Pomoc!

    Rzeczywiście dość szybko znaleźliśmy odpowiedni warsztat, gdzie uśmiechnięci panowie pomogli nam opanować kryzysową sytuację. I tak jak nas wcześniej poinformowano, usługa kosztowała 25 000 IDR. Bez krętactwa, po prostu. Cena dla mieszkańców taka sama jak dla turystów. Cudownie 😛 Jedziemy dalej!

Wulkanizacja oraz jej okolice.

Alternatywne i Mniej Sławne Świątynie Na Bali.

    Wszędzie przeczytacie o słynnych balijskich świątyniach, Pura Tanah Lot, Pura Besakih, Goa Gajah i inne sztampowe miejsca kultu na dobre zagościły w Internecie i odkrywanie ich nie stanowi już żadnej wielkiej tajemnicy. My pokażemy Wam 2 świątynie na Bali lekko zaniedbane, może opuszczone czy w remoncie. W każdym razie miejsca znane lokalsom, nie turystom utartych szlaków. Trafiliśmy na nie zupełnie przypadkowo. Wystarczy po prostu rozglądać się wokoło, jeżeli zobaczycie znak, gdzie w nazwie będzie „Pura”, czyli „świątynia”, to wiadomo już dokąd droga prowadzi 😛 Czasem można znaleźć jakaś ukrytą perełkę, czasem stracić trochę czasu 😛 Poszukiwania niecodziennych atrakcji nie mogą być zbyt łatwe 😛

Świątynie na Bali: Pura Pucaksari.

Świątynie na Bali: Pura  Dalem Sila Adri.

Z Serii Nasze Przygody Na Bali: Zrywanie Kokosów!

    Zdarza się, iż w podróży wydarzy się coś dla nas niecodziennego, niespotykanego, coś, co stanowi dla nas zagadkę czy przygodę. Jednocześnie sytuacja ta jest dla tubylców całkowicie normalna i codzienna. Śmieją się nam w twarz i nie rozumieją naszej fascynacji. Tak właśnie można opisać naszą przygodę z kokosem. A było to tak…

    Zobaczyliśmy kokosy na kilku drzewach. Stwierdziliśmy: „Po co za nie płacić? Polujemy!!!”. Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Zapolowaliśmy. No i nic z tego nie wyszło, a zrywanie kokosów okazało się nie lada wyczynem 😛 Oczywiście! Lądując na bezludnej wyspie padlibyśmy z głodu… Jednak szczęście miało się do nas dopiero uśmiechnąć. Otóż na małym pierdzącym skuterku podjechał pewien pan (niewątpliwie tutejszy), z tyłu dyndał mu sierp. Spokojnie zaparkował, wziął narzędzie do ręki i… Poszedł szukać kokosów! Oczywiście szybko sztuka mu się udała. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy go nie zaczepili 😛

    Facet komunikował się z nami z lekka nieudolnie (baaardzo słabo zna angielski), aczkolwiek w bardzo otwarty i serdeczny sposób. Wszedł na drzewo ze sprawnością MAŁPY (może to niepoprawne politycznie, ale nie mamy pojęcia jak to inaczej określić, koleś na tym drzewie czuł się jak ryba w wodzie), nagle kokosy zaczęły spadać jeden po drugim. Byliśmy zachwyceni! Ale to jeszcze nie koniec! Bo następnie niezwykle szybko i sprawnie nam kokosy obrał. Niewiele myśląc walił sierpem na lewo i prawo i bach! Gotowe! Smakowało nieziemsko, tym bardziej po takim pokazie. Takie chwile pokazuje jak wartościowe i ciekawe potrafią być spontaniczne przygody na trasie. Wszystko to działo się w malowniczej scenerii, NIEMALŻE xD u stóp wulkanu. Może jednak zrywanie kokosów nie jest takie trudne…? 😛

Zrywanie kokosów.

Przygody Na Bali, Ich Podsumowanie i Smak Zwycięstwa!

  A wieczorkiem tradycyjnie jakiś lokal w Ubud (oczywiście za każdym razem inny). Zrywanie kokosów, a później ich degustacja to przecież nie jedyne czym żyje człowiek. Dodatkowo Przygody na Bali należy podsumować. A czyż jest lepszy sposób na podróżnicze opowiastki niż akompaniament lokalnego jedzenia? 😛 Hmm… Tak wystarczająco usprawiedliwiliśmy nasze obżarstwo. A teraz smacznego!

Potrawy ze zdjęć: Grilowane Owoce Morza, Nasi Campur oraz Nanas Goreng.

Ciąg dalszy – dzień czwarty na wyspie Bali (klik).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *