Zwiedzanie indonezyjskiej wyspy Bali niewątpliwie idzie w parze ze zgłębianiem tajemnic barwnej hinduskiej kultury i religii. A jeżeli świątynie, to już na pewno ta pierwsza, największa i najważniejsza – Pura Besakih, czyli Świątynia Matka. My również nie przeoczyliśmy tej perełki. Witamy w religijnym sercu Bali!

Żmudna Droga Pod Górę.

    Często gęsto ludzie budują swoje świątynie tak, by przytłaczały zwykłych śmiertelników, tak, by jeszcze bardziej wywyższyć czczone bóstwa, tak, by pokazać ich potęgę i moc. Nie inaczej jest na Bali. Droga do interesującej nas świątyni wiedzie ostro pod górę (budowla stoi w miejscowości Besakih na zboczu góry Agung we wschodniej części wyspy). Nasz biedny rzęch ledwo sobie z nią poradził, a serca przez pół drogi siedziały w gardłach i blokowały poprawny proces oddychania. Jakimś jednak cudem udało się dojechać bez żadnej tragedii i awarii.

Droga pod górę.

    Co nas powitało na górze? A blokada drogi. Panowie stoją sobie, czekają na turystów i sprzedają bilety tak jak u nas konik przed koncertem. Wyjmują pliczek zza pazuchy, na nim są jakieś bazgroły, a ty biedny i głupi europejczyku musisz nam zaufać na słowo, że rzeczywiście sprzedajemy bilety, a nie marny kawałek papieru. Generalnie innej opcji nie było, więc papierki kupiliśmy. Jedziemy dalej. Parkingi. Wybraliśmy miejsce, no i się zaczęło!

„Sarong, Sarong!!!”

    Wokół nas kobiety przekrzykujące się wzajemnie: „sarong”, „sarong”, „sarong”! No nieee… Mówimy grzecznie, że dziękujemy, bo jak same panie widzą sarongi mamy już na dupach. Po kilku minutach kapnęły się, iż rzeczywiście nie wcisną nam kolorowej szmatki. My w tym czasie, kompletnie się babami nie przejmując, zabieraliśmy z auta potrzebne rzeczy. Kiedy zamknęliśmy samochód i chcieliśmy już iść okazało się, że na górze jest jakaś niezwykle ważna ceremonia i sam sarong nie wystarczy…

   Musimy mieć sash, czyli jakby kolorową wstążkę/szarfę, która ląduje wokół talii jak nasz pasek. I dopiero takie połączenie, sarong + sash jest ubiorem odświętnym. Podobno inaczej nas nie wpuszczą do świątyni. Ale cóż, nie ma głupich. Powiedzieliśmy paniom, że jeżeli rzeczywiście nas nie wpuszczą to na pewno do nich wrócimy. Kobiecinom nie spodobał się ten obrót sprawy, nawoływania ucichły, a twarzyczki już się do nas nie uśmiechały. Cóż, chyba jednak sarong wystarczy 😛

Halo! Jeszcze jakiś problem???

    Idziemy. No to bach! Kolejny atak. Tym razem biegną za nami 3 dziewuchy i chcą sprzedać kwiaty i chyba liście bambusa. No cóż… Przecież w świątyni jest ceremonia, musimy złożyć dary. Spławiliśmy je w ten sam sposób, co poprzednie koleżanki.

    Potem zaczynają się stragany. Jedzenie i świecidełka, i wszystko, co potrzebne i niepotrzebne. No i oczywiście nawoływanie z każdej strony, tak nachalne, że nie możemy rozmawiać. Staramy się nie denerwować i iść przed siebie, wtedy trafiamy na nią. Dziewczynka. Lat 5 czy jakoś tak. Sprzedaje pocztówki. Wszystko spoko, niech się przyucza do zawodu. Hmm ale panienka chodziła za nami dobre 15 minut i cały czas powtarzała wyuczoną na pamięć regułkę. Szczerze powiemy wzbudzała współczucie, żal i … obrzydzenie. Matka siedziała sobie i plotkowała z innymi, a dzieciak krążył między ludźmi i pracował na jej „waciki”. No cóż, świata nie zmienimy.

A może pseudo-przewodnik???

    To jednak nie koniec problemów. Panowie sprawdzają nasze bilety. Niby wszystko się zgadza, ale mówią, że to nie jest całkowita cena. Że niby cooo?! A dowiedzieliśmy się, że oczywiście konieczny jest przewodnik. Nie dość, że wręcz NIE WYPADA iść do świątyni Besakih bez lokalsa, to jeszcze jest ceremonia i sami do świątyni po prostu nie wejdziemy. Grzecznie odmówiliśmy. Oni nas wyśmiali i pokazali innych turystów ze słowami, że dosłownie każdy bierze przewodnika. My na to, że widzimy (rzeczywiście wszyscy szli z co najmniej 1 tubylcem), ale my dziękujemy za usługę. Powiedzieliśmy, że kupiliśmy bilety i pójdziemy zwiedzać sami. Nasze słowa wywołały nieliche zamieszanie, ale po dłuższej wymianie zdań, bardzo niechętnie ustąpili.

    Później wszyscy turyści mierzyli nas wzrokiem, bo wyróżnialiśmy się mocno… Chodziliśmy sobie sami na luzie 😛 A oni wszyscy podążali za mniej bądź bardziej wykwalifikowanymi przewodnikami. Oprócz nas bez lokalsów przechadzała się jedna grupka Rosjan 😛 Ach Słowianie. Ktoś nas oszuka? 😛

Na szczycie schodów jest centralna część świątyni Besakih, do której nas rzeczywiście nie wpuszczono… mimo małej awanturki xD

Pura Besakih – nasze wrażenia.

    Świątynia Besakih sprawia wrażenie ogromnej i bogatej, a w rzeczywistości jest to po prostu masa małych świątyń, takich zwykłych jak wszędzie po drodze tylko wbitych ciasno w kupę (aktualnie – 22 kompleksy składające się z ponad 200 budowli). Budzą zachwyt tylko razem, jako jeden wielki kompleks. Z bliska… No cóż. Jak każda inna balijska świątynia. Poczuliśmy się mocno zawiedzeni. Na każdym kroku problem, kłamstwa i wykorzystywanie. I to po co? By zobaczyć niemalże to samo co wszędzie, tylko ciasno upakowane jedne na drugich? Ani piękne, ani czyste, ani zadbane. Do głównej świątyni rzeczywiście nas nie wpuszczono, ale z obu stron też były schody umożliwiające eksploracje wnętrz. Od tyłu dało się też zobaczyć wspomnianą „ceremonię”. Hmmm… Ubrani na biało goście siedzieli sobie na podłodze. Czyli nic specjalnego (przypominamy, że dzień wcześniej sami uczestniczyliśmy w prawdziwej balijskiej ceremonii – klik).

Pozostałe zdjęcia. Na końcu galerii – syf, który można łatwo zobaczyć w świątyni
jeżeli chodzimy bez przewodnika i zajrzymy „gdzie nie trzeba”.

Adres: Besakih, Rendang, Karangasem Regency, Bali 80863, Indonezja.

Godziny otwarcia: 8.00-17.00 (podobno otwarta dla wiernych całą dobę).

Koszt: 15000 Rp (przypominamy, że zwiedzaliśmy poza sezonem, ceny podczas pory suchej mogą się różnić). 

    Podsumowując Pura Besakih jest to klasyczny must see na wyspie. Niestety mieszkańcy doskonale zdają sobie z tego sprawę, czyniąc z tego miejsca centrum kantów i wyzysku. Dobrze, że chociaż ceny biletów nie są drogie, bo wtedy to już by była gruba przesada. Świątynia jak każda inna, tyle, że większa i bardziej przez to okazała. W każdym razie nie polecamy osobom, które szybko się denerwują, bo tutaj raczej wakacyjnego relaksu nie zaznają, a nerwicę trudno się leczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *